The Trail Menorca Camí de Cavalls

Posted on

Trzeba być niezłym koniem, aby przebiec wzdłuż wybrzeża całą wyspę. Tak w gruncie coś jest na rzeczy, bo w nazwie szlaku jest słowo ”cavalls” czyli koń. Historia mówi, że była to ścieżka do patrolowania wybrzeża. Oczywiście pięknego wybrzeża, ale i bardzo gorącego…


Jak się chociaż trochę pozna historię wyspy zacznie się rozumieć pewne symbole podczas biegu: piękne czarne konie na starcie, furtka na mecie oraz słupek za metą. To wszystko nawiązuje do wyspy Miniorka. Pewnie nie każdy zna tą wyspę? Ja też nie znałem. Raczej domyślałem się, że będą to Baleary, gdyż bardzo podobnie brzmiąca jest do Majorki. A jako, że nie znałem to obstawiłem dalej, że jest to naprawdę mała wyspa na której nic się nie dzieje.

Nie wiem czy się myliłem co do wielkości. Z punktu widzenia zwykłego turysty mogę stwierdzić, że nawet mała. To tu się podjechało, to tam w 40min. Patrząc jednak z punktu biegacza to mam wrażenie, że jest ona ogromna. Mają Lidla. Nie no dobra. Mają dużo więcej – normalne miejsce do życia. A może nie? Lepsze! Zdecydowanie, lepsze. Jest tu po prostu przepięknie. Władze wyspy dbają bardzo mocno o naturę i to naprawdę widać. Dużo terenów zielonych, dużo pięknych dzikich zatoczek, klifów, plaż. Naprawdę chce cię tam być. Dawno nie widziałem tylu miejsc gdzie mało widać ingerencji ludzi. Plaże czyste i puste. A woda? Krystalicznie przejrzysta.

Wiadomo są miejsca gdzie tych ludzi jest więcej – w dużych kurortach. Aczkolwiek skala tych kurortów jest zdecydowanie mniejsza niż na Majorce, Teneryfie czy na Gran Canarii na których byłem. Miniorka naprawdę nie do końca dba o pompowanie w ”Januszowy” rynek turystyczny. Jednak myślę, że na wyspie więcej tych miejsc jest dzikich, ukrytych i trzeba czasem trochę przejść aby zobaczyć coś pięknego.


Pomysł

Dość spontanicznie podszedłem do tematu startu w zawodach na Miniorce czyli w 10 edycji Trail Menorca Camí de Cavalls. Dowiedziałem się, że mój brat Michał bierze udział i stwierdziłem, że może też bym gdzieś wyskoczył na weekend. Wstępnie planowałem krótszy z biegów ultra ( łącznie jest 6 dystansów). Brat mówił, że są tanie loty na wyspę. To prawda, były tanie ale z Anglii – tam gdzie mieszka. Z Polski nie widziałem bezpośrednich lotów. Po jednak zagłębieniu tematu trafiłem na połączenie z przesiadką w Londynie, powrót przez Bergamo z przesiadką za cenę 270zł. Tylko bagaż podręczny – w sumie tylko pobiegam tam, więc zbytnio rzeczy mi nie potrzebne. To uczciwa cena.

W między czasie napisałem do organizatora czy interesuje go mój start w zawodach. Staram się zawsze wybadać czy organizatora interesuje moja osoba jako elita. Okazało się, że chyba trafiłem idealnie. Zdawałem sobie sprawę z tego, bo takie biegi często potrzebują zagranicznych zawodników do promocji imprezy. A jednak te skromne ponad 800 punktów ITRA mam. Co więcej organizator nie tyle mnie zwolnił z opłaty startowej, ale zaproponował jedną z dwóch rzeczy do sfinansowania: lot lub nocleg. Oczywiście wybrałem nocleg. Tutaj trafiłem idealnie – jeden z najlepszych hoteli na wyspie. Było to przewidzenia takie rozwiązanie, gdyż hotel był sponsorem imprezy. Naprawdę miło się zrobiło, ale niestety nie skorzystałem ostatecznie z tego noclegu.

Okazało się, że częściowo pokryte mam koszty udziału w imprezie to postanowiłem zabrać dziewczyny na wakacje. Będzie to Zuzi 6 wyspa którą odwiedzi. I to był powód dla którego nie spaliśmy w tym hotelu. Był dla dorosłych. Ale spokojnie – nie wszystko stracone. Organizator zarezerwował nam inny 4 gwiazdkowy hotel. I to z pełnym wyżywienie. Wybaczcie, ale to dla mnie istotne, bo naprawdę zwracałem uwagę, aby jak najmniej wydać na tym wypadzie. I to akurat samo się zaczęło rozwiązywać. Więc 5 dni spędziliśmy na wyspie dzięki organizatorom biegu. Tu napiszę po polsku: Bardzo dziękuję :)

Na tym się nie skończyło. Dokupiłem bilety bardzo szybko plus bagaż rejestrowany dla siebie. Oczywiście nie dla Zuzi – bo po co? Już tłumaczę swoje egoistyczne podejście. Już wiedziałem co będę biegł, więc też potrzebowałem więcej rzeczy do zabrania w tym kijki biegowe. A Zuzia ma jeszcze poduszkę. Nie wiem czy wiecie, ale na pokład tanich linii lotniczych możecie zabrać poduszkę za darmo. No ale wiecie, że poduszki mogą być różną zawartością wypchanie. Tylko legalną oczywiście. Nasza poduszka była wypchana ciuszkami Zuzi. A że to była poduszka do karmienia, więc trochę większa była.

I już człowiek się cieszył, a tu bam! Paszport Zuzi! Przecież Anglia jest poza Unią. No i zaczął się stres bo to wylotu niecałe 3 tygodnie. A tu jeszcze kolejki do urzędu gdzie wydają paszporty. Nie przedłużając wątku, ostatecznie udało się otrzymać paszport na tydzień przed wylotem – jestem pod wrażeniem szybkości działania urzędu.



Decyzja startu
No wiecie – nie jest łatwo wybrać, który dystans pobiec. Patrzyłem przez kilka dni na wyniki, charakterystykę każdej z tras i jakoś nie czułem tego. Oprócz jednego. Jakoś nie czułem respektu do krótszych dystansów. Tylko 185km coś znaczy na tym biegu. A tak patrząc kolejny dzień na stronę organizatora, tak bardziej kusiło mnie, żeby wybrać właśnie 185km. A jak wiecie – lubię realizować absurdalne pomysły. Bardzo chciałem to zrobić tu i teraz. Chociaż nie jest to stabilna decyzja na 4 tygodnie przed zawodami. No, ale jak ja przekażę to trenerowi?
I generalnie jakoś trzeba się obyć w tak długich biegach. Ponad 20h biegania to nie to samo co 10h i nie chodzi tylko o te 10h różnicy. Myślę, że przy wysiłku zbliżonym dobie zaczynają się dziać różne dziwne rzeczy. Trudniej wytrzymać taki bieg, a zarazem więcej rzeczy się dzieje wokół. A UTMB w tym roku planuje znów…

Trener wiedział, że ja potrzebuje trochę flow! Tak było – poczułem energię faktem, że startuje w tak długim biegu. Dla mnie 185km oznaczało dużą niewiadomą, strach, niepewność, ale zarazem wyzwanie i ekscytacje. O to mi chodziło właśnie. Kolejne dni dość intensywnie myślałem o biegu. Planowałem, sprawdzałem wyniki i międzyczasy. Nie powiem, że jakoś idealnie ale dość zainteresowany byłem strategią pod ten bieg.



Trening

Jakoś nie bardzo było jak zrobić trening obszerny pod tą imprezę. Wielka Prehyba nie tak dawno była, a chwilę przed wylotem jeszcze Wings For Life pobiegłem i nawet jak już wiedziałem, że 185km będę na Miniorce rzeźbił to jednak trochę tych kilometrów na asfalcie na WFL zrobiłem. Starałem się jednak treningowo być w ruchu. Szkoda tylko, że znów jakaś infekcja nas dopadła. I nawet nie wiem skąd to. Czy to po szczepieniu Zuzi? No, ale trochę gorączka przeszła przez nas dom, po czym po samym biegu rozwinął się się katar na maksa. Coś mam niezwykłe szczęście do startów i infekcji bezpośrednio przed nimi. W sumie na tyle byłem zajęty ogarnianiem wszystkiego, że już nie zwróciłem uwagi, że trochę nas kaszel męczy.

Lot

Jeden z trudniejszych. Przesiadka w Londynie, ale wylot bezpośrednio z Poznania. Dla mnie to komfort pod względem kierowania samochodem. Rano wstaliśmy i tylko 15min na dojazd na lotnisko. Nie bardzo chciałem dojeżdżać do lotniska z którego jest bezpośredni lot. Lepiej było jednak posiedzieć na lotnisku w Londynie niż siedzieć w samochodzie, busie czy pociągu. No ale i tak było ciężko. Zuzia trochę marudziła tym razem i aż tak elegancko nie spała tuż po starcie.

Obiad na lotnisku i osłabienie wyszło. Zajechani wsiedliśmy do drugiego samolotu. Tu także z lekkimi dramatami. Gdzieś przed 17 na miejscu. Odbiór samochodu – stwierdziłem, że możemy z bratem się zrzucić na samochód gdyż on też zaoszczędził na noclegu. Porównując koszt busów, taksówek itp. nie wiele drożej wyszło – a komfort dużo większy. Po tak trudnej podróży nie miałem złudzeń, że dobrze zrobiliśmy. Szybki odbiór samochodu od lokalnej wypożyczali i podróż na drugą stronę wyspy. Jazda ok.40min, ale spokojną drogą przez środek wyspy. Tego dnia jeszcze rozruch po trasie biegu.



Przed startem

Następnego dnia cały dzień spędziliśmy na zwiedzaniu wyspy. Przy okazji zobaczyliśmy kawałek trasy biegu. To dobry czas był, bo chociaż spokojnie można było zobaczyć te piękne zatoczki. Trochę wynudziliśmy się na plaży, a wieczorem briefing prasowy na który zostaliśmy zaproszeni. Chociaż zobaczyłem z kim będę się ścigał. Nie było nas zbyt wielu. Raczej też nikt mnie nie zaskoczył. Sprawdziłem to już wcześniej. Po spotkaniu odbiór pakietów startowych. Jakoś dzień zleciał. Tak jak następny – startowy. Nie wiem jak to się stało, ale znów w pośpiechu się pakowałem mimo iż start zaplanowany na 14:30…

Jestem ananas. Jeszcze depozyty spakować, jeszcze jajka nasmarować. A słuchawki naładowane? Nigdy się nie nauczę i na ostatnią chwilę, ale lubię ten stres!



Ruszamy na start!
Parkuję dość blisko startu w miejscowości Ciudadella (?). Oddanie depozytu, nalanie jeszcze izo do bidonów i rozruch. Nie robię kilometrów, bo wiem, że zrobię je spokojnie na biegu. Rozgrzewam się dynamicznie i statycznie. Szukam kawałek cienia, aby nie grzać się w słońcu. Zbliża się 14:30 i jest piekielnie gorąco. Dodam tylko, że wolniejsza grupa zawodników dystansu 185km ruszyła o 8:30. Nie zazdroszczę – będą zdecydowanie dłużej na słońcu. Przed startem ktoś wyciągnął worek z kawałkami lodu. Chwytam też jeden i wkładam sobie go pod kapelusz. Oddaje depozyty – niestety nikogo nie będę miał z suportu na punktach, wiec będę musiał radzić sobie samemu. Z pewnością będzie to trochę dłużej trwało na 3 punktach możliwych. Upewniam się, że wszystko mam i wchodzę do strefy startowej. Jeszcze kontrola kilku rzeczy z wyposażenia obowiązkowego i oczekuje na start. Na dzień dobry parę chwil spóźnienia, bo coś… nie rozumiem, więc po prostu oczekuje.

Start!
Ruszamy – w końcu. Ciśnienie można wyrównać. Wybiegamy na szeroką drogę. Zawodnicy ustawiają się na swoich miejscach. Szuka wzrokiem dwóch francuzów. Nie chciałbym zbytnio przed nimi biec, mimo iż trasa ku temu mi służy. Mam jednak jeszcze jeden problem, bo są zawodnicy ze sztafet i trudno mi ocenić kto co biegnie. Więc staram się powołać na Gullionie, który jest doświadczonym biegaczem i wie zapewne co robić. Chociaż tak myślę, że wie. Pierwsze kilometry grubo poniżej 5 minut. Wybieganie – chociaż mocno się grzeje. Założyłem długi rękaw, ale tylko dlatego, żeby nie spalić sobie rąk. Jest duszno i naprawdę gorąco. Myślę, że pogoda się nie myli i te 35 stopni jest.

Wiem, że trzeba przetrzymać do wieczora, aż słońce zejdzie a wraz z nim temperatura. Ale bieg jest naprawdę ciężki nawet w tempie wybiegania. Równe 5 km lecimy po ulicy. Dość szybko tworzy się grupa prowadząca. Jestem w niej. Oczywiście przed nami jakieś 3-4 osoby jeszcze, ale z pewnością są to osoby ze sztafety. Ci co ścigają się na 185km z pewnością są obok mnie. Tu leci Antoine Guillon zwycięzca z lat ubiegłych. W ogóle niezwykły zawodnik jak na 52 lata. Na koncie ma wygranych kilka świetnych biegów. Stawał na podium TDS, kultowy bieg na Reunion wygrał, 3 miejsce na Transgrancanaria. Na niego moje oczy był zwrócone. Raz udało mi się z nim wygrać. Podczas Maxi Race na skróconej trasie ultra. Dodam tylko, że mnie gonił, ale się zgubił…



Lecimy 7 osobową grupą, która szybko topnieje na kolejnych 2 kilometrach. Ja przez chwilę zostaje z tyłu, ale dobijam jeszcze przed pierwszym punktem odżywczym do grupy prowadzącej. Oczywiście ustawiam się na końcu. Ścieżki są wąskie i trzeba biec jeden za drugim. To zaś powoduje, że często te osoby z tyłu muszą na chwilę zwolnić jeżeli coś nie pewnie pobiegnie pierwszy. Więc wolę sobie płynnie biec za nimi. To też daje mi komfort nie czekania przy przejściu przez bramki pasterskie. Chyba pasterskie. Na trasie było setki takich bramek, które trzeba było otwierać. Ja starałem się biec z tyłu aby dobiegać jeszcze jak bramka opadała. Wygodnie.

Leci także Juanjo Larrotcha, który wygrał już tutaj wraz z Guillonem. Wiedziałem, że ten ma ochotę wygrać ten bieg – skupiony bardzo mocno. Kolejny zawodnik to Javier Pons – chyba lokalny zawodnik, bo sporo osób mu kibicowało. Wraz z nami francus, który narzucał tempo w pierwszej części i w sumie to on doprowadził do rozerwania grupy Chavet Cedric. Lecimy tak 5 osobową grupą.

Do 16km lecimy wspólnie. Nic specjalnie się nie dzieje. Jest tylko piekielnie gorąco. Na punkcie od razu dolewam 1 litr wody. Mam ze sobą łącznie 1.3litra. I mam wrażenie, że to jest na styk. Rozpływam się. Wiem, że inni mają ten sam problem. Na punkcie mimo iż ostatni wbiegłem, wybiegam 2. Ale nie napieram zbytnio. Doganiam Cedrica a zaraz dalej reszta nas dogania. Grzecznie przepuszczam. Gdzieś zaginą Pons. Chociaż słyszałem jego ciężki głos na płaskim fragmencie.


Generalnie trasa jest płaska, ale problem jest taki, że ścieżka jest wąska i wyłożona kamieniami. Łatwo o wykręcenie lub potknięcie. Skały są ostre i mogą mocno poturbować. Właśnie przed chwilą upadł przede mną Juanjo. Widzę, że przy lekkim upadku ma całe ręce we krwi. Kawałek dalej mija nas zawodnik ze sztafety i nagle skręca w lewo, gdzie trasa leci w prawo. Krzyczymy do niego, macham – bez reakcji. Teren otwarty, mało możliwości na wybór tras – masz tylko lewo i prawo. Dodając fakt, że trasa biegnie wokół wyspy to do cholery! Przecież zawsze otwarte morze będziesz miał po lewej stronie! Trzeba być naprawdę zakręconym. Przez jakiś czas martwiłem się tym, ale kurde leciał tak szybko, że nie byłbym wstanie biec za nim. Za jakiś czas inny zawodnik z drużyny minął nas.

Lecę z Cedricem – zagadał, przywitał się. Widzę, że jest nakręcony. Nawet czytałem jego wpisy przed biegiem. Dość pewnie się wypowiadał. Po asfaltowym odcinku schowałem się za nim, a raczej za grupą, która nas dogoniła. Kolejny punkt mijamy w czwórkę. Wbiegam ostatni, a wybiegam pierwszy. Piję na miejscu i dolewam sobie kolejny litr. Jest naprawdę mega gorąco. Czuję że mam problem. Chce mi się rzygać, czuje przegrzane ciało. Tutaj następuje rozerwanie grupy. Chłopacy mi odjeżdżają. Systematycznie się oddalają. Przez to, że teren jest otwarty to ich cały czas widzę. Nawet parę kilometrów dalej widzę jak jeden z nich też odpada. Na wynikach widzę, że do 43km dobiegli już osobno. Generalnie ponad 5min na 10km straciłem. Czułem jednak, że zwalniam ale też nie walczyłem ze swoim organizmem. Na odcinku 6km wypiłem całą wodę jaką miałem 1.3l. Kolejne 4km wysychałem i odliczałem metry do punktu. Tam wypiłem na dzień dobry 1 litr. Napełniłem wszystko co miałem. Nalałem sobie jeszcze wody do kapelusza i zjadłem kawałek pomarańczy.

Z jednej strony miałem bombę – wynikająca z temperatury. Czułem się strasznie i zastanawiałem się co ja tu robię. Zastanawiałem się czy za szybko nie zacząłem. Zaś z drugiej strony nadzieja się we mnie tliła. To właśnie na tym punkcie dogoniłem Cedrica, który raczej z tego samego powodu osłab. Wybiegliśmy razem w dalszą podróż po Miniorce. Przewagi nad Pons mieliśmy 8minut.

Po 2 kilometrach od punktu mój towarzysz nagle się zatrzymał i zaczął iść w kierunku plaży. Trochę nie zrozumiałem w tym momencie o co mu chodzi. Zacząłem obserwować co robi kwitując okrzykiem czy wszystko ok?. Machnął mi tylko ręką. Widzę że wszedł do wody. Totalnie się przegrzał. Musiał się ostudzić. Pobiegłem dalej. Obecnie leciałem na 3 pozycji. To fajne miejsce, ale też wiedziałem że do mety jeszcze daleko a lżej nie będzie. Starałem się teraz po prostu przesuwać się i nie szarżować. Stwierdziłem, że do 100 kilometra nic nie robię – nie myślę o rywalizacji.

Kolejne kilometry lecę sam, bardzo spokojnie. Czekam tylko, aż upał minie. Do 52km nic się nie dzieje. Staram się popijać i jeść regularnie. Za chwilę będzie pierwszy depozyt i duży punkt odżywczy. Mam plan, żeby chwilę ochłonąć, wtem za zakrętu dogania mnie Pons. Nadrobił sporo i wyglądał na gościa, który dopiero zaczyna bieg. Do punktu wbiega chwilę przede mną. Ja jednak siadam spokojnie, zmieniam koszulkę na krótszą – słońce już aż tak nie daje po plecach. Jem coś ciepłego z punktu i piję kawę. Ktoś z obsługi pomaga mi nalać bidony. Mój rywal to samo robi. Także chwilę nam to zajmuje zanim wyjdzie dalej w trasę. Myślę, że 4-5min spędziliśmy na punkcie. Wybiegam zaraz za kolegą. Uśmiechamy się do siebie i ruszamy. Teraz 3.5km asfaltem. Wykorzystuje to, że jest piękny odcinek i lecę przed Javier. Wbiegając na szlak nadal jest fajnie płasko i bez kamieni. Kilometry poniżej 5min nawet wpadają. Tutaj jednak musiałem się zatrzymać – kawa zadziałała. Musiałem wskoczyć w krzaki. Ja się ucieszyłem, bo liczyłem na taki efekt. Trochę teraz żałuje, bo miałem akurat z kim biec. Teraz tempo musiałem sam narzucać. Na kolejnym punkcie traciłem 6min, a do drugiego zawodnika 13 minut. Dodam dla formalności, że do lidera 23 minuty. No, ale też się nie dziwię, bo ja sobie akurat truchtam. Robi się ciemno – naprawdę.

Coś we mnie wstąpiło i zaczęło mi się dobrze biec. Temperatura przyjemna się zrobiła. Musiałem trochę jednak ze sobą powalczyć, aby taki efekt uzyskać. Trochę wewnętrznych okrzyków i buntów. Oczywiście przez chwilę popłakałem się i powyzywałem. Raczej pożądany efekt dla mnie. Ucieszyłem się, że przełamałem ten emocjonalny stan. Przyśpieszyłem – nakręcając się w rytmie muzyki. Wiedziałem, że zacząłem gonić i się nie myliłem. Nadrobiłem 10min do Hiszpana i utrzymałem 6 min do Ponsa, który akurat awansował na 3 miejsce. Więc byliśmy naprawdę blisko siebie na 77km biegu. Tutaj za mną akurat był blisko Juan Jimenzen – nawet 4minuty.

Nakręciłem się i atakowałem – chciałem trochę wykorzystać kryzys swój. Zacząłem doganiać coraz większe grupy zawodników z pierwsze tury. Gdzieś na 82 kilometrze minąłem Hiszpana. Luźny krokiem przebiegłem koło niego. Za chwilę był punkt odżywczy – szybkie nalanie wody i w drogę. Na 88 km musiałem znów szybko w krzaki wskoczyć. Po wyjściu o dziwo dogonił mnie Hiszpan. Dość szybko, no ale zaraz znów go wyprzedziłem. Na moje szczęście od 91km zrobił się asfalt – miejscami górki się pojawiły, ale generalnie w większości w dół do miasta (stolicy), a następnie deptakiem przez całe miasto. Prawie 10km asfaltu to było! Fakt, trochę mi się dłużyło tak długo biec po płaskim. Tym bardziej, że to już było 100km!

W mieście grupa zawodników już czekała na start biegu na 100km. Oni lecieli w przeciwną stronę niż moja trasa. Do punktu odżywczego wbiegam jako 3 zawodnik, ze stratą 24min do pierwszego. Generalnie nie wiele Gullion szybciej biegł przez ostatnie 4h. Nawet były etapy, że szybciej to zrobiłem. Tylko, że ja teraz akurat zatrzymałem się i delektowałem się tym co jest na punktach odżywczych. Przede mną Pons był 8 minut. Trochę mi odjechał. Nie stresowałem się tym. Moim zadaniem teraz było pilnowanie 3 miejsca. W głowie miałem to, że fajnie by było zarobić na tym biegu. No, ale na ogonie siedział mi jeszcze Hiszpan. Za nim wyszedłem z punktu zrobiło się na nim lekkie zamieszanie.

Co chwilę ktoś coś mnie pytał po Hiszpańsku. Okazuje się, że chwilę po nie Hiszpan dobiegł na punkt, co mnie trochę zdziwiło, ale też stwierdziłem, że może odżył. W sumie nie odżył a skrócił trasę – chyba nieświadomie. Nie odbił się na ostatnim punkcie. Tak tam gdzie byłem w krzakach. Generalnie dobrze wyglądał, no ale skrócił. I tutaj mały dramat się wydarzył – został zdyskwalifikowany za to. Widziałem, że próbował dyskutować przez telefon z kim z organizacji. Dość długo to trwało. Bo ja także byłem długo na tym punkcie. Tutaj rozłożyłem kijki i ruszyłem dalej w trasę. Tutaj także zrobiło mi się zimno. A no i bym zapomniał – próbowałem wcisnąć w siebie porcje jakiegoś makaronu. Oczywiście zjadłem jakąś część, ale chciało mi się rzygać. Popiłem bulionem oraz kawą.

Wiedziałem już, że Hiszpan poza konkurencją. Szkoda, bo to by była zacięta walka zapewne. Także mam wrażenie, że na tym etapie by mnie wyprzedził, bo nie czułem się obecnie dobrze. Zaś z drugiej strony poczułem ulgę, że mam przestrzeń do spokojnego biegu po 3 miejsce. Za mną dopiero 32 minuty kolejny zawodnik. Myśląc o tym teraz mam wrażenie, że tempo też przez DSQ tego Hiszpana mi spadło. Straciłem jakąś tam iskrę do rywalizacji. Fakt, że moim celem głównie było ukończenie tych zawodów, ale gdzieś to z tyłu było, że jednak rywalizowałem z kimś bezpośrednio.

Na tyle rywalizacja spadła na drugi tor, że już nie patrzyłem gdzie jest Gullion. Zacząłem coraz częściej iść i dawać sobie luz. W ogóle na tym etapie przeanalizowałem, że druga część biegu którą zrobiłem była strasznie łatwa względem początku. Dużo płaskiego i przyjemnego biegania. Szkoda, że tak się spompowałem na początku. Kolejne 15km strasznie mi się dłużyły. Noc, cisza i brak towarzystwa. Naprawdę rzamiejscedko już spotykałem innych biegaczy. Doczłapałem się do 115km! A tu ku mojemu zdziwieniu 2 zawodnik! Javier Pons. W momencie jak ja właśnie siadałem on oznajmił, że schodzi z trasy. Spróbowałem jeszcze go namówić moim łamanym językiem do dalszego biegu. Stwierdziłem, że możemy razem próbować, bo ja też już umieram. Jednak stwierdził, że za bardzo go bolą okolice brzucha.

Właśnie awansowałem na 2 miejsce. A przecież od paru godzin po prostu truchtem zmierzam do mety. Bywają kryzysy emocjonalne, ale staram się utrzymywać spokój. Do pierwsze 45minut straty. Głównie tracę na punktach, bo po prostu na nich przesiaduje i zbieram siły na kolejny etap. Nie myślę obecnie o rywalizacji, a ukończeniu tego biegu. Mam tylko 17 minut przewagi, ale wiem, że straciłem to akurat na punktach odżywczych niż na dystansie. To pokazuje kolejny punkt na którym mam już 23 minuty przewagi, ale także ponad 1h straty. Tutaj upewniłem się, że spokojnie mogę biec aby dowieźć 2 miejsce. Tak też robię. Dla mnie to względny komfort, bo nie naciskam na swój organizm. Z drugiej strony wszystko się wydłuża i totalnie mi się już nie chce.

Na 129km próbuję wcisnąć pizzę, ale bardzo słabo mi to idzie. Zbieram się względnie szybko z tego punktu. Uświadamiam sobie, że mniej piję – zdecydowanie mniej. Teraz już ledwo ponad pół litra wypijam między punktami. No, ale totalnie mi woda nie smakuje. Lecę dalej – robi się jasno i przyjemnie. Mijam naprawdę piękne tereny. W ogóle słońce o tej godzinie jest tak piękne, że się wzruszyłem. No, a tak poza tym to znów do toalety musiałem. Wiem, że nie jest nic ciekawego, ale dość istotne, że zdrowo skorzystałem z toalety. Więc bez sensacji. Dobrze, że teraz bo właśnie wbiegłem na teren jakiegoś rezerwatu. Konie luzem biegają, no i jakoś inaczej jest. Dobiegam do 144km czyli 3 i ostatniego punktu z depozytem. Tutaj w ramach tego, że mam dużą przewagę postanawiam zmienić skarpetki i obuwie. Profilaktycznie i dla wygody. Zmieniłem także koszulkę i schowałem czołówkę do plecaka, a kijki oddałem do depozytu. Straciłem mnóstwo czasu – zjadłem spokojnie, wypiłem bulion oraz 2 kawy. Myślę, że 18 minut siedziałem na samym punkcie. Nie chciało mi się, ale też wiedziałem, że mam dużą przewagę. Miałem też z tyłu głowy, że można też tą przewagę stracić.

Tylko też myślałem, a raczej przekonany byłem, że poradzę sobie w bezpośredniej rywalizacji. Czułem, że jak poczuje zagrożenie to zepnę się na szybkie bieganie. Przecież jestem szybki. I z tą myślą po prostu w tym momencie traciłem czas.

Dobiegłem do 155km – tutaj już byłem na wycieczce pierwszego dnia pobytu. Było tak samo pięknie jak wtedy. Tak samo mnie cieszył ten widok. To znak, że na umyśle jestem dość świadomy. Nie tracę zbytnio dużo czasu na tym punkcie a to ze względu, że nic mnie nie kupiło wzrokiem aby zjeść i zatrzymać się. No i znów się zrobiło bardzo gorąco…

Żałuje, że nie biegłem jednak szybciej. Przewagę mam nadal bezpieczną 23 minuty. Wiem teraz, że się powiększy bo nie zatrzymywałem się tym razem za długo. Totalnie mi się dłuży trasa. Spotykam gdzieś na trasie mojego brata -stara się mnie dopingować oraz poinformować jak sytuacja. Umiera mi się trochę. Nawet trochę się też wzruszyłem, ale też nie potrafiłem tego wykorzystać do szybszego biegu bo byłem świadom, że już nic nie muszę. Tylko dobić do mety.

Coraz częściej robię marszobiegi i przeglądam telefon. Z Łukaszem nawet pogadam. Poczytam informacje jak wyniki oraz wiadomości od Oli. Dobiegam do kolejnego punktu odżywczego. Tutaj doganiają mnie zawodnicy z krótszych dystansów. Jeden z nich informuje mnie, żebym się nie martwił, bo za mną zawodnik na płaskim idzie. Więc dopingował mnie, żebym spokojnie napierał. Byłem trochę tego świadom, bo ja też jakoś nie specjalnie z tempem szalałem a jednak utrzymałem przewagę. Chociaż coraz ciężej się przemieszczałem. Gorąco!

W głowie same wulgaryzmy, a przed sobą jeszcze 20km! Masakryczne kilometry. Teren znów upierdliwy się zrobił. Na zmęczone nogi skakanie z kamienia na kamień nie jest niczym przyjemnym. Starałem się miejscami łapać zawodników z krótszych dystansów. Nawet dawałem radę miejscami, ale zbyt krótka moja motywacja była i odpuszczałem. Szedłem i biegłem. Wiele razy powtarzałem ten proces. Dobiłem w końcu do ostatniego punktu odżywczego – siadłem i lałem tylko wodę na głowę zanim się napiłem. Musiałem ochłonąć. Niemrawo patrzyłem na innych zawodników z krótszych dystansów. Nalałem obrzydliwą wodę do bidonów i ruszyłem dalej. Wiedziałem, że już nic to nie zmieni, że będę siedział na punkcie. Przecież i tak cierpię!

Przewaga 29 minut więc totalne miałem relaks w głowie. Zarazem wiedziałem, że muszę do tej mety dotrzeć. Złapałem przez chwilę jakąś dziewczynę, która regularnie mnie zagrzewała do biegu. Nawet przez chwilę trzymałem. To było szalone tempo 5:42! No cóż… to był już mocny bieg. Gdybym takie tempo trzymał do końca myślę, że urwał bym parę dobrych minut.

Biegniemy na otwartym terenie obok morza. Skwar się leje z nieba. Mam dość. Coraz częściej idę. Wiem, że moje 2 miejsce jest moje i chyba przez to za bardzo sobie pozwalam. Dobijam do asfaltu – jak ja się cieszę, że już nie muszę wykrzywiać kostek. Spotykam mojego brata na rowerze. Chwilę rozmawiamy, ale głównie on już mówi, bo ja nie mam sił. Jeszcze mam jaką panikę i proszę go o to żeby sprawdził czy nie ma nikogo za mną. Wiecie zawsze może się coś wydarzyć. Przecież kilka razy ja robiłem tak, że potrafiłem nadrobić 20min na ostatnich 15km biegu. Patrz Winter Trail Małopolska. Więc wolałem się upewnić.

Już słyszę miasteczko biegowe i wtem wzięło mnie na kaszel. Plunąłem żółtą flegmą. Właśnie sobie przypomniałem, że Zuzia była przeziębiona i przed startem już lekko byliśmy zrobieni infekcją. Kończmy te zawody.

Wzruszyłem się tym biegiem. Cieszę się ogromnie, że to już koniec. Chwilę zatrzymuje się aby przywitać się z dziewczynami. Spokojnym krokiem wchodzę na metę. Naprawdę cieszę się, że to już koniec!

Czas 22h i 5min! Cieszy mnie ogromnie. Nie jest tak istotny mimo iż przed startem miałem międzyczasy rozpisane. Jednak jak ktoś kiedyś powiedział – meta weryfikuje. Ja tam jestem zadowolony z tego wyniku. Zająłem 2 miejsce w świetnym wyzwaniu. Piękna wyspa, trudna trasa pod innymi aspektami niż w góra. Ja i moje najdłuższe ultra w życiu. Oczywiście jeżeli chodzi o bieg liniowy. Stratę do Guillona ponad 2h! No cóż – pogodziłem się z tym już na 43km, że tak będzie. Chociaż chciałbym się jeszcze raz z nim zmierzyć. Wielki szacunek za zwycięstwo. No ma chłop krzepę. Ja natomiast zbudowałem przewagę 30min. Dodam fakt, że 10 osób złamało 24 godziny. Natomiast 66 ukończyło na 204 startujące.

Zarobiłem 500 euro czyli jakieś 2200 zł oraz otrzymałem duży kawał sera i latarkę. Fajne to nagrody. Zwróciło mi się za rodzinny pobyt na Miniorce. Dodam jeszcze, że organizator pokrył nocleg. Także nie mogę narzekać na udział w imprezie. Jakby nie patrzeć zrobiłem część tego co lubię – podróże.

Chociaż zdrowia też to trochę kosztowało, ale wiedziałem na co się piszę. Parę dni chodziłem o kwadratowych nogach. Chociaż i tak szybko wróciłem do treningów. Jedyną przeszkodą z powrotem było przeziębienie, które się nabawiliśmy jeszcze przed biegiem. Myślę, że też nie ucierpiałem tak fizyczne przez brak napierania na maksa w drugie części. Jakby nie patrzeć na to, to tempo było już spokojne i płynne. Po prostu cierpiałem w ciszy. Rywale nie napierali, a ja nie napierałem na Gulliona. Inna sprawa, że pogoda też zrobiła swoje!

To tyle jeżeli chodzi o bieg. Jeszcze raz napiszę, że cieszę się z mety. Dawno tak długiego biegu nie zrobiłem. Dało mi to trochę pewności siebie przed zbliżającym się UTMB. Organizm zdał ten test. Dziękuję za kibicowanie oraz trenerom za przygotowanie !

















Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *