Trail World Championships 2019

Posted on

12.06.2019

Ściągnąłem pranie z balkonu. Same biało-czerwone stroje kadrowe. Poskładałem staranie, tak aby jeszcze przez chwilę nacieszyć się wspomnieniami. Zaraz, zaraz – przerwałem czynność i oczami zacząłem szukać jednego kompletu. Nie ma jednej koszulki! Jest 4, a powinno być 5.  Logiczne – mistrzostwa Annency, Peneda Geres, Badia Pradaglia, Penyagolosa i Miranda do Corvo – to jest przecież 5 wyjazdów. Któryś skurczybyk mi nie oddał koszulki? Maciek? Paweł? Zaraz wyciągnę te ich języki. Po czym do mojej głowie dociera myśl, że przecież na pierwszych Mistrzostwach stroje robiliśmy sobie sami. Oddetchnąłem…

Byłem pewny udziału w Trail World Championships mimo iż kwalifikacje, były dosyć niejasne. Tak samo długo nie było wiadomo jaki jest wkład PZLA w wyjazd.  Z tym jednak nie miałem problemu, bo byłem wstanie w każdej chwili sam sobie opłacić wylot. Z tego też powodu, nie ryzykowałem dodatkowych kosztów na rekonesans trasy. Wracając do kwalifikacji. Miały być one podczas biegów w Szczawnicy. Trochę późno terminowo, aby zaplanować sobie resztę sezonu. Nie wnikałem w to zbyt mocno, bo i tak miałem w planie start w Szczawnicy. Aczkolwiek zastanawiałem się dlaczego kwalifikacje na TWC są podczas MP na długim dystansie, a nie podczas MP w Ultra? MŚ na długim dystansie są przecież w Argentynie? Nie czepiam się zbytnio, bo TWC były na dystansie śmiesznie, krótkim jak na ultra. Aczkolwiek zastanawiam się, że zanika tutaj znaczenie ultra, a rośnie słowo samo Trail. 

fot. Pedro Trindade

Ostatecznie Szczawnica nie była istotna do kwalifikacji, aczkolwiek i tak mi dobrze poszło na niej. Liczyły się  TWC 2018, MŚ w Karpaczu oraz Szczawnica 2018! Na dwóch pierwszych imprezach poszło mi nawet dobrze. Natomiast Szczawnicę 2018 zawaliłem totalnie. Jednakże nadal się dziwiłem, że te imprezy są brane pod uwagę przy kwalifikacji. Powinna to być Łemkowyna? Nie wiem tego. Dystans dłuższy i w dodatku okazało się, że nie ma kwitku na organizację Mistrzostw Polski. Jednakże każdy startujący tam miał przeświadczenie, że startuje w MP, więc można by wziąć pod uwagę te nieoficjalne MP za dobre źródło informacji o zawodnikach. Szkoda, że Panowie jednak się nie lubią i po tym incydencie po prostu się nie dogadają. Trzeba iść do przodu i próbować dalej rozwijać ten sport. Zostaje mi się czuć tylko jak Mistrz Polski i zostać Mistrzem Polski w Polsce oraz nieoficjalnym Mistrzem Polski w PZLA. Wrócimy jednak do wątku kwalifikacji. Były takie a nie inne, można się czepiać. Ja patrząc na siebie, wiedziałem, że mnie nie mogą ominąć. Jednakże także wiedziałem, że wielu może być pokrzywdzonych. Także wiedziałem, że odmówienie startu czołowych zawodników będzie rodzic wielki problem dla Andrzeja Puchacza, który w tym roku sklejał wszystko do kupy?

Rozumiem, że jakie podejście PZLA, takie podejście czołowych zawodników. Zupełności nie widzę w tym nic złego ze strony zawodników. Jest to bowiem zabieranie i uprzykrzanie wolnego czasu – jak coś jest nie pewne to po co w to wchodzić. Aczkolwiek mnie to smuci, że tak jest. Bardzo bym chciał aby na linii startu w takiej imprezie stanęli Marcin Świerc, Bartłomiej Przedwojewski, Krzysztof Bodurka, Bartosz Gorczyca, Marcin Rzeszótko – to jest mój wymarzony skład na ten dystans Mistrzowski.


I rozumiem w jakiej sytuacji jest Andrzej Puchacz próbujący szukać zawodników na start. Sam stałem w tej sytuacji. Przepraszam, że w tym miejscu nie poruszam wątku kobiecego teamu, ale nie mam na tyle wiedzy, rozeznania, żeby wypowiadać się. Nie ukrywam, że w reprezentacji na Mistrzostwa Świata ja powinienem być brany jako ostatni zawodnik, a nie być jej głównym członem. Liczę, że może się uda kiedyś to zrobić? Ale kto tym się zajmie? PZLA? Zawodnicy?

W jaki sposób się zajmie? Tego nie wiem! Jednakże wiem, że musi być to impuls na tyle silny, aby były to dla nich zawody na tyle pewne, ważne i wartościowe, a nie niepewne, otoczone hejtem i przynoszące same problemy.

Skład męski nie miał wyróżniającego się lidera, ale stał na równym poziomie. Poniekąd ja byłem prezentowany jako lider. Wynikowo nie czułem tego, ale jako doświadczony w tego typu imprezie z dumą paradowałem na przodzie podczas ceremonii otwarcia. Paweł na Szczawnicy przybiegł chwilę za mną, Artur nieraz mnie zgrzał, Tomek w swoim tempie wspina się coraz wyżej w biegowej karierze. Także cyfry ITRA i RMT mówią o tym, że nasza rozbieżność formy jest zbliżona. Co do kobiet, tak jak mówiłem – nie będę się wypowiadał. Znam dziewczyny i uwielbiam je, ale nie śledzę postępów ich tak skrupulatnie jak swoich męskich rywali!


fot. Pedro Trindade


Zanim przejdę do imprezy w drużynie miał być Marcin Rzeszótko, ale przez kontuzję zastąpił go Paweł Czerniak. Bardzo się cieszę, że była możliwość takiej zamiany – nie do końca wiem jak, ale można było. Co do samej decyzji cieszę się, że był to Paweł! Przed czułem, że to on będzie mnie silnie napędzał do rywalizacji. I tak się stało – Paweł nie zawiódł! Świetnie się spisał.

Więc tak się prezentował skład reprezentacji Polski. Obok wypisałem pkt ITRA General i w nawiasie ka. S ITRA, RMT General i w nawiasie kat.2 RMT.

Artur Jabłoński 799 (790) 827 (724)

Tomasz Kobos 782 (782) 774 (779)

Kamil Leśniak 820 (808) 829 (801)

Czerniak Paweł 801 (801) 790 (749)

Edyta Lewandowska 712 (707) 794 (777)

Magdalena Łączak 738 (646) 837 (698)

Katarzyna Solińska 707 (689) 797 (763) Paulina Wywłoka 702 (697) 808 (787)

Cyfry cyferki, cyfrunie! Poziom w swoim składzie nawet wyrównany! Jeżeli chodzi o resztę świata to znalazłem ok. 70 zawodników z wyższym rankingiem ITRA od swojego. Już nie mówię o tym, którzy mieli powyżej 800 pkt ITRA ich było także sporo!

PZLA
Tak jak w zeszłym roku został niesmak po zachowaniu PZLA, tak w tym roku o dziwo w miarę wszystko się udało. Otrzymaliśmy bilety lotnicze i to nawet z bagażami rejestrowanymi oraz pierwszeństwem wejścia na pokład. Ku mojemu zaskoczeniu PZLA także zareagowała na nasz powrót z zawodów na lotnisko, które miało być o 3:30 rano (lot o 23:00). Otrzymaliśmy transport opłacony przez PZLA z hotelu na lotnisko o godzinie 16:00. Wiadomo, że PZLA będzie się starało rozliczyć z organizatorem za ten transport. Aczkolwiek cieszy mnie fakt samego działania. Także z zaangażowania Andrzeja Puchacza. Aczkolwiek wszystko ma swoje granice optymizmu. Nie wiem czy reszta składu tak samo to odbiera i czy także jest na takich samych warunkach.

Otrzymaliśmy stroje kadrowe, a debiutanci także dresy sportowe. To mój 4 komplet i kolejny raz cieszę się na niego jak małe dziecko. O wykonaniu nie wspomnę. Znów dostałem za dużą koszulkę – następnym razem poproszę XS. Kwestia dopracowania. Jeszcze inne sprawy warto by przedyskutować i zmienić, ale nie ma co od razu łapać całej ręki! No, ale podobno jeszcze otrzymam zwrot kosztów podróży za dojazd na lotnisko i z lotniska… fiu fiu

Wrócimy natomiast do samego, biegu gdyż sytuacja związana ze strukturami PZLA jest długa, głęboka, a także zmienna. Natomiast sam bieg już był i raczej pewne jest, że się nic nie zmieni. Chyba, że doping? W moim przypadku dodatkowy zastrzyk formy będzie w przypadku jak zadbam o poprawne wyniki krwi. Już tłumaczę poniżej, co by nikt nie wyobrażał sobie Kamila ze strzykawkami.


QUARTZ PROGRAM ITRA

Czyli taki program ITRA do monitorowania zawodników. Celem jest zwalczanie dopingu, odpowiednie zdrowie ich itp. itd. Generalnie jeszcze nie czuje, żeby to jakoś dobitnie działało, ale jestem wdzięczny, że są. Otrzymałem darmowe badania krwi przez to! W sumie w Poznaniu nadal mam darmowe, ale w tym przypadku nie musiał nigdzie jechać. Wyniki otrzymałem tego samego dnia. Sprawdziłem i miałem wrażenie, że wyszły fatalnie. Sami oceńcie, bo ja nie umiem tego odczytać. Trochę sobie wkręciłem, że słabo wyszły i przez to automatycznie myślałem o tym, że źle się czuję. Jednakże nic takiego nie miało miejsca tego dnia.


Transport
Ruszyłem dzień przed wylotem do Warszawy. Przespałem się u Benka, tak aby rano wypoczęty wstać na samolot. Oczywiście rozmowy, śmiechy i ploteczki nie było końca, więc poszliśmy spać późnym wieczorem. Lot na szczęście miałem o 12:20 z Modlina. Tam dostałem się PKP oraz podstawionym pod dworzec autobusem lotniskowym. Wraz ze mną podróżował Kuba Krause, który był wysłannikiem mediów. Okazało się, że Kuba spał wraz z nami w Hotelu. W sensie był dopisany do reprezentacji jako? W sumie to nie wiem. Generalnie można tak było zrobić, więc mieliśmy dwóch ‘’działaczy’’ z PZLA. Oczywiście tutaj półżartem pisze :)

Wylądowaliśmy w Lizbonie wraz Kubą oraz Arturem. Na miejscu spotkaliśmy się z resztą ekipy, która częściowo dalej podróżowała samochodem. Ja natomiast wybrałem się transportem podstawionym przez organizatora. Tutaj kolejne blisko 2h spędziliśmy w autobusie. W hotelu byliśmy późno. Gdzieś o 22 jedliśmy dopiero kolację. Ja byłem bardzo głodny i myślę, że reszta ekipy także. Z najedzonymi brzuchami cześć poszła spać a część potruchtać. Poszedłem truchtać – wyszło może 5km w tempie żółwia, z wieloma przerwami.


Przed dzień startowy
Jako ostatni poszedłem na śniadanie, no bo ja lubię spać. Także późno wróciłem z truchtania dzień wcześniej, więc chciałem pospać. Czas szybko leciał, bo nie zdążyłem zjeść a trzeba było iść na spotkanie z ITRą. Trochę posłuchaliśmy co oni planują i jak ważne jest badanie krwi. Z dumą słuchaliśmy to w języku polskim, bo akurat tak się składa, że Kasia Melcer pracuje w ITRA. Jako najlepsi w składzie na podstawie pkt. ITRA wraz z Magdą Łączak poszliśmy na badania krwi. Szybka akcja i zaraz byliśmy na ceremonii otwarcia. Miała być ona dzień wcześniej, ale przełożyli ze względu na pogodę.

Ceremonia otwarcia jak zwykle trwała cholernie długo. Przejście przez całe miasto, oczekiwanie na prezentację oraz wystąpienie delegatów. Powinni trochę okroić to. Jest coś w tym aczkolwiek ciekawe, widowiskowe oraz pełne radości. Każdy zespół mógł się zaprezentować w swoich strojach kadrowych oraz zrobić wspólne zdjęcie. Mi zrobiło się trochę zimno podczas siedzenia i słuchania kolejnego ważnego człowieka. Po ceremonii nastąpiła krótka przerwa na drzemkę i relaks po czym wspólnie spotkaliśmy się jako team aby omówić strategię na punkcie żywieniowym.

Ustaliliśmy, że Kuba Krause oraz Maciek Dombrowski będę oczekiwać na zespół w jedynym punkcie odżywczym z możliwym suportem. Z góry dziękuje Panowie za wkład. Każdy powiedział co oczekuje i rozeszliśmy się do pokojów. Tego dnia nic specjalnego więcej się nie wydarzyło.


Wyposażenie
Obowiązkowym wyposażeniem na ten bieg było:
-0.5l płynu
-gwizdek
-NRC
– telefon

Nawet skromnie, więc nie planowałem zabierać ze sobą plecaka. Wszystko to wpakowałem do pasa, oprócz bidonu, który trzymałem w ręce. Także spakowałem małą flagę Polski, Monako i Indonezji, 5 żeli oraz tabsy od Hammera. Na głowie okulary Adidasa, daszek hammera, słuchawki AfterShokz. Koszulka i spodnie kadrowe, skarpetki RoyalBay i buty Hoka one one Evo Jawz. Jako, że trasa była krótka to zakładałem bieg okolicy 4h! Na punkcie zostawiłem sobie bidon do wymiany z węglami oraz drugi bidon do napicia się na miejscu.

fot. Rzeźnik


Start
Na start pojechałem samochodem wraz z Kasią, Pauliną i Łukaszem – zaoszczędziliśmy trochę czasu, aby spokojnie się rolować przed startem. Na miejsce dojechaliśmy jakieś 40 min przed starem i nic ni wskazywało, że w Miranda do Corvo będą jakieś zawody. Skupiony poszedłem na rozgrzewkę gdzie zrobiłem niecałe 2km po czym musiałem zaliczyć jeszcze toaletę i znaleźć agrafki. Zaczęła się robić kolejka do strefy startowej gdzie było sprawdzanie wyposażenie obowiązkowe. Jeszcze 2 przebieżki i wszedłem do strefy.

Kurde felek, ale ciasno. Do strefy startowej, było tylko jedno wejście od tyłu. Cholernie słabo. Ponad 300 zawodników najwyższej klasy a strefa startowa tak szeroka jak na Prehybie. Z tą różnicą, że tutaj ponad 300 zawodników chce się ustawić jak najbliżej mety i nie ma szans, żeby Cię któryś przepuścił. W ostatniej chwili przesunąłem się kilka rzędów do przodu pokazując, że chce przedostać się do naszych Polskich dziewczyn. Nadal staliśmy bardzo daleko (z Kasią i Pauliną). Jednakże nie zastanawiałem się nad tym zbyt długo, bo stwierdziłem, że i tak nie będę się ścigał na początku. To był mój błąd.

Ruszyliśmy jak stado koni. Dosłownie! Kurz się tylko unosił pod naszymi nogami. Patrzyłem z przerażeniem pod swoje nogi szukając jakiegoś niebezpieczeństwa. Co chwilę ktoś szturchał Cię łokciem lub zabiegał drogę. Zapewne też tak komuś zrobiłem. Nikt jednak nie narzeka na to, tylko ciśnie ile sił w nogach. Każdy próbuje zająć dobre miejsce. Jestem w tyle. Mam wrażenie, że ponad setka ludzi przede mną. Pierwszy kilometr, to ciągłe mieszanie się grupy. Biegniemy po małym miasteczku i wbiegamy w teren. Za chwilę znajdujemy się na terenie zoo (chyba). Nie jestem pewny tego, bo staram się skupić na ścieżce. Jest dynamicznie, sporo zakrętów i ludzi wokół siebie. Nie lubię takich tłumów, więc biegnę ostrożnie. Po drugim kilometrze stabilizuje się stawka, aczkolwiek jest strasznie gęsto. Teraz już głównie ja wyprzedzam.

Zwiedzanie po zawodach…



Nie mam pojęcia na której pozycji biegnę, ale zdaje sobie sprawę, że jestem bardzo daleko. Także, też zdaje sobie sprawę, że chłopacy z reprezentacji mogą być przede mną. I jeszcze jeden aspekt dochodzi do mojej głowy. Chodzi o taktykę na start, która była w moim wykonaniu fatalna. W tym konkretnym wypadku. Na innym biegu było to normalne i zostałbym nazwany profesorem biegu. W tym wypadku zamknąłem sobie szanse na walkę o lepsze miejsce.

Okazało się, że chwilę po starcie wbiegliśmy w takie tereny, że nie było szansy na komfortowe wyprzedzanie. Przeważnie były to ścieżki wąskie na jedną osobę. Wokół wyrastało pełno drzew i krzaków, które z łatwością można było zahaczyć. Nawet jak pojawiło się ciut więcej miejsca z boku, to zazwyczaj był to mocno nierówny teren, który wybijał z rytmu gdzie sztuka wyprzedzania często była nieskuteczna. Oczywiście wielu próbowało i wielu poległo. Każdorazowa próba moja lub innego zawodnika wiązała się widokiem spektakularnym. Ja tylko błagałem, żebym nikomu nie musiał pomagać w katastrofie. Akurat mam wielkie serce i raczej nie zostawiłbym zawodnika na trasie. Na szczęście miałem tylko jedną taką sytuację w której musiałem się upewnić innego zawodnika czy jest cały. Także mnie również zbierano z ziemi, po tym jak pięknie przydzwoniłem głową pokaźniej grubości gałąź. Było to na tyle mocne uderzenie, że spadły mi okulary i cofnęło do tyłu tak, że mogłem w całej okazałości zobacz w co uderzyłem.

Uwierzcie mi, że z taką grupą zawodników, którzy mogę śmiało powiedzieć, że każdy z nich miał ok. 800pkt ITRA i każdy z nich mógł spokojnie biegać 10km w 35min nie dało się wyprzedzać. Korki na trasie robiły się nagminnie. Ponad 10km to istny korek. Wystarczy, że jedna osoba zwolni, przejdzie do marszu to już 10 lub 15 stoi. Czy nie jest to jakaś zasada powstawania zatorów? Bo przecież nie chodzi o to, że ktoś się zatrzymał lub drastycznie zwolnił. Chodzi o to, że powstała taka reakcja łańcuchowa. I nie ważne ile osób biegło w ciągu, to i tak w mniejszym lub większym efekcie każdy do odczuwał.


Dlatego ja przez większość trasy nie biegłem swoim tempie. Musiałem dostosować się do innych. Także nie byłem tak porywisty aby doprowadzić do stanu niebezpieczeństwa swojego i innych. Chociaż widziałem takie sytuację, gdzie zawodnicy nie patrzyli gdzie lądują. Tutaj mogę zaznaczyć, że Portugalczycy to niezłe ‘’pojeby’’. Wybaczcie za wyrażenie, ale skojarzyło mi się to z jackassami. Były sceny wypadania z trasy tak niezwykłe, że tylko do tego programu się nadawały. Co i rusz ktoś leżał na ziemi. Czasem ktoś wpadł do strumienia, mimo iż mostek był obok – po prostu nie trafił w niego lub nie chciał trafić. A nie chciał trafić, bo chciał wyprzedzić – szukał drogi na skróty. Czasem się udawało, a czasem nawet tracił kilka miejsc. Bez wątpienia uczestnictwo w tym rollercosterze było czymś niezwykłym do zobaczenia, ale także niebezpieczne i także nie na moje nerwy. Ja już tak nie potrafię ryzykować. Nie potrafię się puścić w dół i nie widzieć konsekwencji. Zapewne większość osób, które to czyta ma jeszcze większe hamulce, ale chce powiedzieć, że ja już nie mam takiej odwagi w sobie jak wcześniej. Może to wróci.

Pierwszy punkt pomiarowy na 87 miejscu ze stratą do Artura 35 sekund. Jednakże wiem, że już od kilku kilometrów zmniejszałem tą przewagę. Przez kolejną godzinę biegu wyprzedziłem 27 osób. Tylko 30 sekund za mną przybiegł Paweł Czerniak. Nie wiedziałem, że jest tak blisko. Artur został w tyle, ponad 4 minuty. Kolejny punkt pomiarowy i 8 pozycji do przodu. Tutaj złapałem się Czecha z którym prawie do samej mety biegliśmy wspólnie. Oderwałem się także Pawłowi na 4 minuty. Kolejne kilometry coraz trudniejsze się stały. Już nie tak spektakularnie wyprzedzam. Zaczynają natomiast łapać mnie inni zawodnicy. Czasem niektórych ponownie doganiam. Ostatni punkt pomiarowy znajduje się stosunkowo niedaleko mety, ale nie potrafię zlokalizować go na mapie. Obstawiam, że było to w okolicy 39km. Do mety jeszcze wyprzedziłem 5 zawodników. Nie jestem wstanie stwierdzić gdzie i jak. Zbyt mocno byłem skupiony na podłożu niż na zawodnikach.
Miejsca na poszczególnych punktach pomiarowych:
P1 – 87
P2 – 60
P3 –  52
P4 –  48
P5 – 47
Meta – 42

TWC 2018 dla porównania:
P1 – 51
P2 – 40
P3 – 37
P4 – 38
P5 – 33
P6 – 27
P7 – 22
P8 – 22
Meta – 21


Oczywiście trudno porównywać te dwie trasy, bo to zupełnie inne biegi. Inny teren, inne przewyższenia, a przede wszystkim inny kilometraż. Dodać też można innych zawodników w walce o tytuł. Więc nie będę wchodził większą analizę tych zawodów, bo po prostu bardzo trudno ocenić je. Także myślę, że pkt. ITRA też będzie miało problem w ocenie zawodników. Natomiast RMT wyliczył mi 799 pkt, co jest nawet dobrym przelicznikiem. Chociaż ktoś by rzekł, że lepiej bywało. No bo lepiej bywało, chociażby na ostatnich mistrzostwach 823 pkt. Nawet 2 lata temu lepiej mi poszło, bo 800 pkt. Taka specyfika biegu i nic nie poradzę. Mam wrażenie, że to jedyny bieg w którym byłem tak zaangażowany w trasę. Bardzo mało pamiętam z niej. Jakieś przebłyski na punktach żywieniowych. No może pamiętam jeszcze kilka ciekawych wypadków. Nie potrafię skojarzyć co gdzie jest na mapie patrząc na profil trasy.  To pokazuje jak trasa była trudna – trzeba było maksymalnie skupić się na niej.

Zapewne biegnąc gdzieś na treningu po tych terenach, myślę że byłoby przyjemnie i wesoło. Jednakże w tłumie walczącym o jak najlepsze miejsce z trasy nic pozytywnego nie wyniosłem. No dobra – może to, że 4h biegu minęły mi bardzo szybko. Ostatnie moje kilometry były naprawdę żwawe. W końcu miejscami zrobiło się szerzej i spokojnie można było wyprzedzić. Nawet asfalt się pojawił.


Jako ciekawostkę podam, że:
w TOP 110 było 4 Polaków 😊
W TOP 222 6 Polaków
Wyprzedziłem wszystkie kobiety
Pierwsza kobieta na mecie 5min 12s za mną! Kosmos.
Wyprzedziło mnie 28 zawodników z większym indeksem ITRA
Wyprzedziło mnie 13 zawodników z mniejszym indeksem ITRA
Wyprzedziło mnie 4 zawodników z mniejszym indeksem ITRA niż 800 pkt
Wyprzedziłem 16 zawodników z większym indeksem ITRA (Top110)
Wyprzedziłem 28 zawodników z większym indeksem ITRA niż 800 pkt (Top110)
W Top 110 było 10 Kobiet

Miejsca naszych zawodników:
Paweł – 80 (79)
Tomek – 102 (94)
Artur – 109 (99)
Kasia – 180  (37)
Paulina – 189 (42)
Magda – 221 ( 57)

Finisz mnie zmęczył. No może też cały bieg. Nie odpuszczałem do końca i poskutkowało wyprzedzeniem Rumuna na końcu. Trochę bolało to, ale po kilku minutach wszystko doszło do ładu. Bardzo mocno się odwodniłem, bo także dużo piłem na mecie. Na mecie czekał na mnie Maciek.  W sumie nie na mnie, ale ja pierwszy wpadłem w jego objęcia. Chwilę czekałem na resztę ekipy dogorywając pod drzewem na zielonej trawce. Po dosyć długim odpoczynku poszliśmy jeść. O dziwo nogi nie czułem, żeby były tak skatowane. Wieczorem jeszcze wyszliśmy na pizzę całą drużyną – bardzo miłe spotkanie! Tego mi było trzeba.


Następnego dnia jako, że ambitny cel postawiłem sobie zwiedzania to zabrałem plecak i ruszyłem zwiedzanie Coimbry. Szybko oderwałem się od stada i przemierzyłem kilka dobrych kilometrów. Także to samo zrobiłem z miastem Porto, chociaż tam czasu miałem tylko 70min! Ale o tym może w następny odcinku…

Teraz czas na odpoczywanie. W weekend szybki start a z końcem miesiąca świętowanie 26 urodzin, zakończenie zniżki studenckiej oraz start w Cortina Trail.

2 Replies to “Trail World Championships 2019”

  1. Ten brak nadmiernego ryzyka zazwyczaj wynika po prostu z doświadczenia i rzadko się „cofa”. Im jesteśmy starsi i bardziej doświadczeni, tym mamy większą wyobraźnię i świadomość, co może się wydarzyć, jak przekroczymy pewną granicę. Na takim poziomie biegania i tak jest ona wysunięta bardzo daleko w porównaniu do przeciętnego biegacza, ale akceptacja ryzyka trochę się zmniejsza z wiekiem, więc to nic dziwnego, że biegasz troszkę bardziej zachowawczo niż, np. 5 lat temu.

    1. Zgadzam się z tym. Tutaj dodam, że musiał być impuls dlatego tak się stało. W moim przypadku skręcona kostka 2 lata temu wpływa na to jak teraz biegam. Obecnie nadal mam dyskomfort z okolicy kostki z którym mogę jeszcze powalczyć. Więc liczę, że w jakimś stopniu zacznę szybciej zbiegać, ale to już nie będzie takiego ryzyka jak kilka lat temu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *